Interaktywne urządzenia w holenderskiej sferze publicznej, czyli historia automatu do kawy
Holendrzy są fanatykami kawy. Historia tutejszych automatów do kawy pokazuje typową ścieżkę rozwoju tego typu urządzeń: od analogowych do cyfrowych ; od zoptymalizowanych technologicznie do zoptymalizowanych pod względem użyteczności. Pierwsze automaty do kawy były stosunkowo proste – miały kilka napojów do wyboru, a każdy wybór był zatwierdzany przy pomocy guzika.
W kolejnej wersji wprowadzony został ekran dotykowy, który nie tylko pozwalał na wybór espresso czy cappuccino, ale też na określenie mocy kawy, ilości cukru i mleka. Wyboru kawy można też było dokonać po wstukaniu kodu definiującego ulubione parametry napoju (moim był 044, czyli mocne czarne espresso:).
Głównym problemem tej nowej wersji była mocno nieintuicyjna interakcja – użytkownicy nie zawsze byli świadomi tego, że istnieje możliwość wyboru ilości mleka czy cukru i zbyt prędko naciskali guzik: Start. Również tylko nieliczni byli świadomi tego, że istniały kody definiujące każdy napój, a cała reszta dzień po dniu mozolnie przechodziła przez ten sam proces interakcyjny.
W kolejnej wersji automatu mały ekran dotykowy został zmieniony na duży, a napoje były prezentowane w formie „karuzeli” , którą można było przesunąć poprzez przeciągnięcie palca po ekranie. Interakcja została zaprojektowana całkiem pomysłowo, ale zawiodła strona technologiczna – reakcja aplikacji na gesty była tak powolna, że użytkownicy nigdy nie byli pewni, czy i co wybrali.
Natomiast ostatnia wersja stała się czymś więcej niż miejscem, gdzie można kupić kawę; stała się sposobem na namawianie użytkowników do aktywności fizycznej. I tak, jeśli ktoś chciałby posłodzić kawę musi najpierw odpowiednio dużo razy podskoczyć, tak, żeby poprzez ruch zrównoważyć potencjalny nadmiar węglowodanów w organizmie.
Na szczęście zaimplementowana została też „droga na skróty”, czyli tradycyjny mały ekranik z prostym wyborem parametrów kawy. Pomysł automatu do kawy namawiającego do ruchu nie jest zły, choć nie bardzo wyobrażam sobie pracowników Philipsa „wyskakujących” każdą łyżeczkę cukru. Mam wrażenie, że choć założenie jest dobre, to sam projekt interakcji jest zbyt dosłowny, żeby stał się powszechni e akceptowalny.
Za to najnowszy koncept automatu do kawy pokazany na ostatnim Dutch Design Week zapowiada się naprawdę interesująco. Projektanci zdecydowali się zwizualizować dostępne wybory w formie drzewa wyborów, czyli wybierając styl interakcji zwany: wizard (czarnoksiężnik niejako prowadzący użytkownika za rękę przez kolejne opcje).

Jest to szeroko stosowana forma wspomagania użytkowników w wyborach opcji w urządzeniach użytku publicznego. Przy projektowaniu tego typu urządzeń istotnym jest wzięcie pod uwagę tego, że ich użytkownicy równie często będą użytkownikami doświadczonymi, czyli takimi, którzy regularnie korzystają z danego urządzenia i wiedzą, jak go używać, jak i użytkownikami przypadkowymi, czyli takimi, którzy z danego urządzenia korzystają jedynie od czasu do czasu i za każdym razem muszą niejako od nowa uczyć się interakcji. Chyba najlepszym przykładem bardzo pozytywnej zmiany jeśli chodzi o projekt takiej intuicyjnej interakcji była ewolucja holenderskich automatów do zakupu biletów na pociąg.

Stare automaty do zakupu biletów były maszynami analogowymi, w których kupowało się bilet przy użyciu kodów pocztowych – jeśli chciałam przejechać z Amsterdamu do Eindhoven, musiałam wstukać numer 5600 i bilet był już kupiony. Trochę trudniej kupowało się bilety do miejsc, których kodu się nie znało – należało kodu tego poszukać na liście kodów umieszczonych po lewej stronie klawiatury cyfrowej, przy pomocy, której wprowadzało się ów kod.
Po jakimś czasie firma zarządzająca liniami kolejowymi zauważyła, że dużą trudność sprawia im dodanie kolejnych stacji do istniejącej listy. Dlatego zdecydowali się na zaprojektowanie nowych, interaktywnych automatów. Również i tu została zastosowana metoda: „wizard” jako sposób na przeprowadzanie interakcji. Aby kupić bilet, użytkownik musiał wybrać stację docelową, następnie dzień podróży, potem typ biletu, zniżki, formę płatności i już. Na szczęście, w przeciwieństwie do automatów do kawy, automaty do biletów nie miały znaczących opóźnień w reakcjach systemu, tak, że kupowanie biletu zajmowało jedynie chwilę i było całkowicie zrozumiałe tak dla regularnych, jak i dla przypadkowych użytkowników.
Jedynym problemem w dzisiejszej wersji jest brak możliwości zakupu biletu pomiędzy dwiema stacjami, z których żadna nie jest stacją, na której się ów bilet kupuje. Ale wtedy zawsze można udać się do okienka.

Automatów w strefie publicznej pojawia się coraz więcej: W Holandii popularyzują się automaty do zakupu biletów w kinach, do drukowania biletów na samolot, do wypożyczania książek, do płacenia za posiłki w kantynach a nawet do robienia zakupów.
Myślę, że najbardziej innowacyjnym jest automatyczny system do zakupów zainstalowany w kilku sklepach największego dystrybutora artykułów spożywczych: Albert Heijn.
Żeby móc zrobić przy jego pomocy zakupy należy jedynie posiadać kartę bonusową, po okazaniu której dostaje się własny mini-skaner do kodów paskowych. Skaner ten zabiera się ze sobą i skanuje każdy wybrany zakup. Na koniec, skaner podłącza się do maszyny płatniczej, płaci i gotowe.



I tu istotą rozwiązania jest prostota interakcji oraz jej implementacja w stylu: wizard. Dobrze zaprojektowany wizard jest, de facto, krokowym przedstawieniem danego procesu i dzięki takiemu podejściu praktycznie nigdy nie wymaga nauki. I to właśnie brak potrzeby uczenia się jest, według mnie, głównym kryterium dobrego projektu interakcji dla automatów w strefie publicznej.














Nasuwa mi się jedna myśl po przeczytaniu tego wpisu: Boże, ale ta Polska jest zacofana!
)) Pozdrawiam.
Myślę, że nie jest tak źle: automaty do kawy mamy, może jeszcze nie tak zakręcone, ale trzeba pamiętać, że ten omówiony a w artykule jest produkcji jednej z firm i ma realizować cele marketingowe. W Polsce mamy też infokioski mówiące o zabytkach w Poznaniu jeden taki stoi przez dwóch krzyżach, można wysłuchać przemówień z tamtego okresu zobaczyć video, pod Kaponierą można kupić frytki w automacie, mamy też biletomaty. Ten sposób na robienie zakupów jest najbardziej innowacyjny, ale z tego co pisze autorka to też jest na razie eksperyment wprowadzony tylko w kilku sklepach. Moim zdaniem Polska wypada bardzo dobrze na tle Holandii, jeśli chodzi o tego typu urządzenia w sferze publicznej.
Zgadzam się z Mariuszem, że w Polsce wcale nie jest źle:) W Holandii faktycznie istnieje wysoka automatyzacja, która opiera się na optymalizacji procesów i obniżaniu kosztów pracy (co jest pewnie tematem na zupełnie inny wpis). Np. na dworcach holenderskich zanika instytucja kasy biletowej co ma tą nieoczywistą konsekwencję, że jeśli ktoś ma nietypową sprawę do załatwienia, może mieć trudności ze znalezieniem osoby, która mogłaby w tym pomóc. Co więcej, nawet jeśli taka kasa istnieje, często danej sprawy nie da się załatwić, bo osoba w niej siedząca nie jest odpowiednio wyszkolona, lub po prostu dostępny system komputerowy nie pozwala na taką pomoc.
I tu chciałabym przejść do kolejnego punktu. Celem tego wpisu było pokazanie tego, jak można tego typu systemy projektować, tak, żeby były prawdziwie użyteczne. W tej kwestii warto czerpać wzory z Holandii, ponieważ tu profesja projektanta User Experience jest bardzo poważnie traktowana i tego typu projekty nie powstają przez przypadek, jak jeszcze czasami zdarza się to w Polsce. Co więcej w Holandii nie jest to pierwsza generacja tego typu urządzeń, co wiąże się z faktem, że cała masa błędów interakcyjnych i interfejsowych została już skorygowana i poprawiona, a ja jestem zwolenniczką nie wymyślania koła od nowa. I mam nadzieję, że te przykłady będą miały okazję stać się dla jakiegoś projektanta inspiracją:)